Skocz do zawartości

wyprawa Krym-Odessa sierpień 2009


pilask
 Udostępnij

Rekomendowane odpowiedzi

Zamysł o motocyklowej wyprawie na Krym zrodził się w mojej głowie 7 lat temu, kiedy to pierwszy raz odwiedziłem ten piękny półwysep na południu Ukrainy. Góry schodzące do samej tafli morza, możliwość znalezienia dzikich piaszczystych plaż, wielka ilość różnorakich zabytków oraz naprawdę świetnej jakość drogi spowodowały iż od tamtej pory zacząłem marzyć o kolejnym przyjeździe, tyle że tym razem motocyklem.

Lata mijały, na pewien czas odstawiłem marzenie na później, mając jedynie świadomość, że pierwsza konkretna wyprawa po kupnie motocykla z prawdziwego zdarzenia to będzie właśnie Krym. W 2008 roku wreszcie po 2 latach oszczędzania wszystkich zarobionych pieniędzy zakupiłem yamahę drag star 650, lecz latem brak chętnych współtowarzyszy i niechęć do wyjazdu ówczesnej dziewczyny doprowadziło do upadku przedsięwzięcia. Za rok postanowiłem przygotować się lepiej. Jak postanowiłem tak też się uczyniło. Jeszcze w maju na forum motocyklowym przedstawiłem ogólny plan podróży, aby na wszelki wypadek znaleźć chętnych jeśli dotychczasowi znajomi by się wykruszyli. Przez zimę zmieniłem sprzęta na yamahę road star warrior 1700, a mój tato zakupił hondę vtx 1300. Było więc już na czym i z kim jechać. Poza nami chętnych było jeszcze wielu, lecz jak to bywa w życiu, większość zainteresowanych z forum wykruszyło się, wybrało inny termin lub miejsce. Moich dwóch pewniaków mimo wielkich chęci i zaangażowania odpadło natomiast niemal w przeddzień wyjazdu(zepsuty motor i sprawy rodzinne).

Tak więc pozostało nas dwóch, ojciec i syn, więc też zapowiadało się miło.

Wreszcie 22 sierpnia nastąpił dzień spełnienia mojego małego marzenia. Wyjazd przesunęliśmy z piątku na sobotę, ponieważ tego dnia odbywał się koncert Ksu na zlocie pod Jarosławem, a że obaj bardzo lubimy ten zespół, więc postanowiliśmy przy okazji zajechać i posłuchać ich na dobry początek. Sam zlot był również bardzo ciekawy i godny polecenia, organizowany po raz 19 i naprawdę z pompą, chodź jak sami organizatorzy przyznali, pierwszy raz aż tak licznie odwiedzony przez motórzystów i przejezdnych.

23 sierpnia pobudka o 5 rano i w drogę, przejazd przez przejście w Medyce nie nastręczył żadnych problemów, jak to na motorze poza kolejką, 15 min i po wymianie euro na hrywny w drogę na Lwów. Droga nie najgorsza, jak na polskiej prowincji, więc już jesteśmy przyzwyczajeni do niewielkich kolein i łat. Zagapiwszy się wjechaliśmy na naszą zgubę do Lwowa, gdzie brukowane, nierówne drogi i trochę niezrównoważony ruch oraz niewiedza zapytanych ludzi o drogę wyjazdową na Tarnopol zmusiły nas na pokręcenie się po tym jakże pięknym mieście(przed wojną zapewne takie było). Po opuszczeniu Lwowa, które trzeba kiedyś odwiedzić i poświęcić mu przynajmniej jeden dzień ruszyliśmy na Tarnopol. Te kilkaset kilometrów drogi dzielących oba miasta to niestety najgorszy fragment jakim miałem w życiu możliwość jechać. Tylko koleiny, jakieś asfaltowe wybrzuszenia przypominające wierzchołek góry, liczne dziury i pełno żelastwa leżącego na drodze. Starając się omijać co się da z prędkością 70-80 km, mając w perspektywie dalszą podróż po takich wertepach czułem się powoli zrezygnowany. Świtała mi nawet myśl o wprowadzeniu w życie planu B czyli odbiciu do Kamieńca podolskiego a stamtąd do Rumunii, choć miała to być ostateczność. Na szczęście po dojeździe do Tarnopola sytuacja uległa drastycznej odmianie. Droga na Chmielnicki okazała się już dużo lepsza, bez jakiś rewelacji, jak i większość u nas nie będących drogami krajowymi, czyli fragmentami poprawiona a gdzieniegdzie wyboista, czułem się jak w domu, do takich dróg jestem przyzwyczajony. Teraz można było nadrobić stracony czas, utrzymując średnio 120 km na godz. poprzez Chmielnicki, Winnice dojechaliśmy po 12 godzinach jazdy i 800 km do Umania. W tym miejscu wjechaliśmy na równiutką drogę ekspresową z Kijowa do Odessy, i przy kolejnym tankowaniu postanowiliśmy zjeść obiado-kolację i zostać na noc w motelu o europejskim standardzie za jedyne 300 hr. za pokój dwuosobowy. Jedno jest pewne, Ukraina się rozwija, po 7 latach sieć drogowa, hotelowa i paliwowa uległa wielkiej poprawie, stacji jak na życzenie, a motele czy hotele są zazwyczaj budowane przy nich.

Następnego dnia pobudka z samego rana, śniadanie i o 7 wyjazd, jakieś 150 km na południe a następnie na wchód w kierunku Nikołajewa, cały czas całkiem dobrą drogą, wyboi nawet mniej niż u nas, ogólnie jesteśmy drogą pozytywnie zaskoczeni. W końcu Chersoń będąc w zasadzie przedsionkiem Krymu, każde miasto w związku z brakiem czasu omijamy obwodnicami (ach, kiedy u nas przynajmniej wojewódzkie miasta będą je miały).

Robi się coraz cieplej, co wskazuje na wjazd w strefę klimatu typu śródziemnomorskiego. Późnym popołudniem mijając niezliczone przydrożne kramy z suszonymi rybami, owocami morza, melonami i arbuzami oraz innymi wiktuałami dojeżdzamy do Armiańska, przed którym zostajemy pierwszy raz zatrzymani przez Milicje kontrolującą wjazd do Autonomicznej Republiki Krymu. Wjeżdzamy w obejmujący równinną część krym stepowy, dziesiątki kilometrów jazdy poprzez pustą przestrzeń, tylko droga i horyzont dookoła, właśnie ten widok chodził za mną tyle lat, coś pięknego.

Znajdującą się niemal w centrum kraju stolice Simferopol przejeżdzamy pośpiesznie aby szeroką wijącą się szosą przed nocą pokonać oddzielające od wybrzeża góry krymskie. O zmroku wjeżdzamy do Ałuszty, znalezienie noclegu pod koniec sezonu turystycznego nie stanowił problemu, znajdujemy go u pierwszego napotkanego chłopaka z karteczką Kwatery. Za pokój jednoosobowy w przyzwoitych warunkach płacimy 100 hr. od osoby. Staje się naszą bazą wypadową na najbliższe dni. Późnym wieczorem zjeźdzamy do centrum, stawiamy motory na nadmorskim bulwarze, aby mieć na nie oko z pobliskiej restauracji. Deptak od lat nic się nie zmienił, jak to nad morzem wszędzie restauracje, kramy z pamiątkami i fastfoodem oraz artyści oferujący za nieduże pieniądze portrety. Ogólnie nic ciekawego, chyba że ktoś lubi w ten sposób spędzać czas. Po posiłku z powrotem do kwatery i od następnego dnia zaczynamy zwiedzanie.

25 sierpnia. Piękny bezchmurny dzień, a w Polsce już jesiennie, to jest plus wyjazdu na południe. Naszym celem na dziś jest położona 80 km na wschód od Ałuszty miejscowość Sudak. Jedziemy więc jedyną w tamtym kierunku drogą prowadzoną przez kolejne pasma krymskich gór, coraz zjeźdzając do położonych nad brzegiem małych wioseczek, gdzie znajdują się pół dzikie plaże z polami campingowymi. Jest to bardzo bogata w górskie widoki trasa składająca się z niezliczonych ilość serpentyn, aż do samego leżącego nad morzem Sudaku. Miasto, a przede wszystkim znajdująca się w jego obrębie genueńska twierdza z XIV wieku jest jednym z najbardziej odwiedzanych atrakcji Krymu. W okresie genueńskim zajmował, obok Kaffy czołową pozycję gospodarczą i strategiczną w strukturach genueńskiej Gazarii, rozwój zakończyło podbicie twierdzy przez turków osmańskich w 1475 r. Dzisiaj jak większość nadmorskich miast rozwija się jako kurort mogący poszczycić się tak rzadkimi na półwyspie piaszczystymi plażami. W pobliżu miasta, w tzw. Nowym świecie znajduje się natomiast otoczona skałami, charakteryzująca się bardzo wysokimi temperaturami Carska plaża będąca w przeszłości miejscem wypoczynku min. Carycy Katarzyny II. Posiłek w restauracji armeńskiej i na wieczór powrót do domu.

26 sierpnia. Pofolgowaliśmy sobie dłużej, szybka kąpiel w przydomowym basenie i decyzja o wyskoczeniu do odległej o 40 km Jałty, jak piszą przewodniki głównego kurortu Krymu. Coś w tym jest, miasto położone w dolinie pomiędzy schodzącymi do morza górami a wybrzeżem szczyci się tą amfiteatralną architekturą. Drogie restauracje i sklepy oraz wyszukana architektura składają się na resztki imperialnego blasku. Tu jak i na całym Krymie nie widać choćby cienia kryzysu. Nie kłamiąc 70% samochodów jakie mijaliśmy to nowe, luksusowe, z górnej półki terenowce, suvy i limuzyny Mercedesa, Bmw, Leksusa czy Porsche. Co prawda z tego co się dowiedziałem w dużej części na kredyt, zgodnie z jakże znaną u nas maksymą „Postaw się, a zastaw się”.

Motocykli natomiast podczas całej wyprawy naliczyliśmy ok 30. Jak u nas w słoneczny weekend:).

No cóż, zrobiliśmy sobie zdjęcie pod monumentalnym pomnikiem Lenina na głównym placu, bo w końcu u nas tylko w Poroninie się ostał i udaliśmy się do nieodległej Ałupki. Miejscowość leży prawie 20 km na zachód od Jałty i znana jest głównie z uzdrowisk, lecz my przyjechaliśmy zobaczyć jej największy i najciekawszy zabytek czyli Pałac Ałupkiński. Zbudowany z szarego kamienia w stylu mauretańskim w 1848 r. dla generała-gubernatora Kraju Noworosyjskiego hr. M. Woroncowa. Związku z ogromem całego kompleksu zabawiliśmy trochę za długo i nie udało nam się już tego dnia zobaczyć innych okolicznych atrakcji czyli Jaskółczego gniazda i pałacu Mikołaja II co zostawiliśmy sobie na dzień ostatni. Po zmroku powróciliśmy do kwatery.

Następnego dnia mój entuzjazm nieco opadł, bowiem zauważyłem że tylna opona po ciągłych serpentynach starła się do drutów. Z pomocą przyszedł nam gospodarz, którego kuzyn pracuje w pobliskim, jedynym w mieście serwisie. Po rozmowie i skonsultowaniu udało się zamówić nową oponę Metzelera. Dalsza jazda jednak była ryzykowna więc dzień spędziliśmy nad morzem, jak się okazało na miejscu trafiliśmy na dziką plażę nudystów. Plaża kamienista, ale można poskakać z falochronu. Tak minął 27 i 28 VIII, kiedy to po południu doszła i została zamontowana nowa opona, za co jak to w serwisie zapłaciłem jak za zboże, ale cieszyłem się że w ogóle mam na czym wracać.

29 sierpnia, czas wracać do domu, bowiem w zamierzeniu jest jeszcze zobaczenie Sewastopola i Bakczysaraju. Udajemy się więc drogą w stronę Jałty, szybko zwiedzamy pałac w Liwadii, gdzie w 1945 r. odbyła się osławiona konferencja jałtańska. Następnie udajemy się zobaczyć tzw. Jaskółcze Gniazdo czyli neogotycki zameczek pobudowany na urwistym zboczu w miejscu obozu rzymskiego z III w. Udajemy się dalej świetną drogą wiodącą wzdłuż morza prowadzącą aż do samego Sewastopola. Samo miasto naszym zdaniem nie ma nic ciekawego do zaoferowania, bowiem port ukraińskiej i rosyjskiej floty czarnomorskiej jako obiekt wojskowy jest dla zwiedzających zamknięty. Chyba że trafi się na manewry, przeprowadzane czasami w zatoce Siewastopolskaja Buchta.

Dalej na północ w stronę Bakczysaraju, piękne widoki zostają zakłócone przez awarie vtx-a.

W szczerym polu, podrzędnej, mniej uczęszczanej drogi i nagle jak na życzenia pojawia się grupa motocyklistów, dwóch również na Vtx, w tym mechanik, chyba lepiej być nie może. Co prawda nikt nie ma potrzebnego do odkręcenia akumulatora klucza, bowiem na pierwszy rzut oka zaszwankował akumulator, ponieważ bezpieczniki były w porządku. Chłopaki skoczyli do miejscowości i faktycznie po odkręceniu, wyszło że po prostu od wyboi w końcu akumulator się odłączył, szybka naprawa i jedziemy dalej razem do Bakczysaraju.

Bakczysaraj, z tatarskiego „pałac w sadzie” chyba jeszcze tylko w Eupatorii zachowało się tak wiele z niegdysiejszej orientalnej atmosfery. Miasto założono w XV wieku od razu jako stolicę i siedzibę władców. Lata świetności przypadły na okres 1420 – 1783 kiedy ostatecznie Chanat Krymski został podbity i wcielony do Rosji. Z rozmowy przy regionalnej tatarskiej kuchni której tu nie brakuje wynika, że chłopaki wybierają się do Jałty na zlot, a następnego dnia wracają do Odessy. Namawiają nas na powrót oraz wspólne udanie się i koniecznie zwiedzenie Odessy. Chwila rozterek i postanowiliśmy poddać się losowi. Po posiłku i obejrzeniu pałacu chanów kierujemy się krótszą acz bardziej extremalną, prowadzącą przez najwyższe góry Krymu drogę do Jałty. W ten sposób zrobiliśmy swoistą kilkuset kilometrową pętlę i znów jesteśmy w punkcie wyjścia. Po widowiskowej, acz ciężkiej trasie dojeżdzamy na zorganizowany w aquaparku zlot. Pomysł na zlot w takim miejscu całkiem niezły, lecz chyba słabo rozgłoszony, ponieważ przyjechało jedynie kilkadziesiąt motocykli. Pole namiotowe nad samym morzem i po koncertach w kimono by z rana rozpocząć powrót.

30 sierpnia, o 8 rano rozpoczynamy dalszą wędrówkę, kierunek jak wcześniej na Sewastopol, przez Simferopol i na północny-zachód w stronę Odessy. W związku z niedysponowaniem reszty ekipy jedziemy we dwóch swoim rytmem, aby po ok 600 km całkiem przyzwoitej trasy dojechać do miasta ni to ukraińskiego ni rosyjskiego, bo jak sami mieszkańcy określają „Odessa to po prostu Odessa”.

Przybywszy z wielogodzinnym wyprzedzeniem ekipy, Serg z pochodzenia Polak z którym najbardziej się zakolegowaliśmy wysyła po nas kolegów ze swojego klubu Motor – Life Odessa, którzy wyjeżdzają po nas i w miarę możliwości pokazują najważniejsze miejsca w mieście. Ekipa z klubu jak większość motocyklistów jak najbardziej w porządku. W ogóle ludzie na wschodzie wydają się bardziej otwarci, komunikatywni i przyjaźniej nastawieni do przybyszów, sam się o tym przekonałem i z takimi też opiniami często się spotykałem.

Odessa robi na mnie kolosalne wrażenie, jak żadne inne miasto na Ukrainie. Spokojnie może konkurować z większością europejskich stolic. Jest co zwiedzać, bowiem większość zabytkowych budowli została pięknie odrestaurowana i aż chce się je oglądać. Główny bulwar rozchodzi się od schodów potiomkinowskich i pomnika najbardziej zasłużonego mera Richelieu.

w trzy strony, a wzdłuż niego niezliczona ilość restauracji, kafejek i sklepów. Niby to i tak pikuś w porównaniu do bulwaru nad morzem, gdzie dopiero się dzieje, ale to już za rok.

 

 

31 sierpnia, po noclegu zaproponowanym przez Serioże, z samego rana o 6 wyjeżdzamy z miasta kierując się na Kijów. Nie rozpędziwszy maszyn do nawet przyzwoitej prędkości zostajemy zatrzymani przez patrol Milicji. Biorą nas na sfingowany balonik z którego wynika że obaj jesteśmy wstawieni, choć zeszłego wieczoru nie piliśmy wiele. Zaczyna się od straszenia o zabranie prawa jazdy, motoru przy czym przechodzą do sumy jaka się należy za przymknięcie oka. W związku z brakiem czasu na takie głupoty godzimy się oddać 300 hrywien, dobre to i tak niż 300 euro jakie wymagali, których i tak już nie mieliśmy. Jak chłopaki wspominali, mafii w Odessie już nie ma, mafia to Milicja.

Po szybkiej kalkulacji pieniędzy, kasy starczy do granicy, więc jedziemy dalej. Monotonia jazdy świetną drogą ekspresową przerwana zostaje przez deszcz, ubieramy się w kondomy i dalej na północ, później Żytomierz , Równo, Sarny, Kowel i przez Dorohusk do domu, na liczniku nabiło ponad 4000 km. do Parczewa niedaleko Lublina.

 

Na ponad tygodniową podróż ze wszystkim + nowa opona wydałem 1700zł, więc nic tylko jechać na Ukrainę.

Benzyna 7 – 7.40 hr. za litr czyli jakieś 2.60 zł.

Melon arbuz ok. 5 hr. ok 2 zł

Czeburyk ( regionalny pieróg z mięsem lub serem) 6 hr. ok 2.30zł

Kebab 20 hr. jakieś 7zł

Napoje jak u nas.

Nocleg 100 – 250 hr.

 

 

 

zdjęcia:

http://picasaweb.google.com/pilaskkacper/U...PiTztS1lJnT4QE#

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Wszystko przeczytałem i pooglądałem. Mam 2 pytania. Zawsze, w Austri, Czechach,Chorwacji, Włoszech... mam strach zostawić moto tak pod hotelem, szukam zawsze coś z jakimś placykiem, garażem itp a wy na Ukrainie zostawialiście sprzęty tak normalnie pod hotelikami? I jak to jest ze staniem na granicy, bo podobno w tamtą stronę to no problem ale z powrotem to się stoi i to długo, napisz jak to wygląda.

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Czyli warto marzyć... :lalag:

Super foty i opis, gratuluję rewelacyjnej wyprawy. Przy okazji pomyślałem sobie: rewelacyjna sprawa, wycieczka na moto ojcie-syn. Niestety ja z ojcem na taka wyprawe nie pojadę, ale poczekam na mojego syna. Ma dopiero 6 lat, ale już poczuł bakcyla do motocykli :crossy:

Pozdrawiam

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Gratuluję i zazdroszczę! Fajnie się czytało i na foty miło popatrzeć.

rewelacyjna sprawa, wycieczka na moto ojcie-syn

Muszę swojego ojca posadzić kiedyś na moto, może odżyje coś w nim i sprawi sobie jakiegoś rumaka po 20-tu latach przerwy ;)

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

[...]poczekam na mojego syna. Ma dopiero 6 lat, ale już poczuł bakcyla do motocykli :crossy:

Pozdrawiam

 

...podkrada kluczyki od CBF'ki i jedzie wieczorem posmigac po miescie? :icon_razz:

 

Oby i nam udalo sie uczestniczyc w wyjazdach z potomnymi :flesje:

 

[...]Muszę swojego ojca posadzić kiedyś na moto, może odżyje coś w nim i sprawi sobie jakiegoś rumaka po 20-tu latach przerwy ;)

 

...po zakupie GS'a dalem go ojcu, aby sie przejechal. Po ponad 30-tu latach od WSK, SHL i JUNAK, wsiadl, ruszyl, przejechal 1km nie wrzucajac trzeciego biegu, po czym zsiadajac, caly roztrzesiony, rzekl: nooo teraz to robia sprzety! Tym to mozna jezdzic... do konca dnia byl podekscytowany :biggrin:

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

fajna wyprawa.

jaki zasięg na baku ma warrior?

 

 

hey, no przy ekonomicznej jeżdzie czyli tak 2000 obrotów jadąc 100 km/h pali 5-6 L czyli przy baku 15 L przejedzie tak 250-300 km, jak na 1700 miłe zaskoczenie, ale tylko mu przycisnąć to wzrasta i do 8, pozdrawiam

 

Wszystko przeczytałem i pooglądałem. Mam 2 pytania. Zawsze, w Austri, Czechach,Chorwacji, Włoszech... mam strach zostawić moto tak pod hotelem, szukam zawsze coś z jakimś placykiem, garażem itp a wy na Ukrainie zostawialiście sprzęty tak normalnie pod hotelikami? I jak to jest ze staniem na granicy, bo podobno w tamtą stronę to no problem ale z powrotem to się stoi i to długo, napisz jak to wygląda.

 

 

Z tym zostawianiem motorów pod hotelami no to oczywiście trochę strach jest, ale w sumie to tylko 2 takie noclegi mieliśmy i nie było problemu, po prostu stały pod hotelem i musiało nam wystarczyć że portierka miała na nie oko, co oczywiście pewnym zabezpieczeniem nie było, ale przynajmniej świadomość była że ktoś ma na nie oko, a już na samym Krymie to wynajęlismy lokum z podwórkiem więc nie było problemu i na szczęście wróciły całe

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Wszystko przeczytałem i pooglądałem. Mam 2 pytania. Zawsze, w Austri, Czechach,Chorwacji, Włoszech... mam strach zostawić moto tak pod hotelem, szukam zawsze coś z jakimś placykiem, garażem itp a wy na Ukrainie zostawialiście sprzęty tak normalnie pod hotelikami? I jak to jest ze staniem na granicy, bo podobno w tamtą stronę to no problem ale z powrotem to się stoi i to długo, napisz jak to wygląda.

 

co do stania na granicy to w jedną jak i w drugą stronę nie było żadnego problemu,nawet nie przeszukiwali bagażu, parę minut i po sprawie, byłem 3 razy na Ukrainie motorem w tym roku i za każdym razem było sprawnie, bez względu na przejście graniczne

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

A jak to jest ze staniem na granicy UA bo słyszałem opinie o wielu godzinach oczekiwania a jak pytałem o motocykle, że się przeciskają to podobno nie za bardzo, mam wielką ochotę odwiedzić ten kraj ale jak mam stać albo się kłócić i stracić wile godzin na granicy to mi się odechciewa, napisz jak to wygląda.

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

co do stania na granicy to w jedną jak i w drugą stronę nie było żadnego problemu,nawet nie przeszukiwali bagażu, parę minut i po sprawie, byłem 3 razy na Ukrainie motorem w tym roku i za każdym razem było sprawnie, bez względu na przejście graniczne

[/Kacper, zapytaj starego jak przygotowania do wiosennego rajdu pt"POLSKIE ZAMKI NA UKRAINIE".

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Dołącz do dyskusji

Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

Gość
Dodaj odpowiedź do tematu...

×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Usuń formatowanie

  Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.

 Udostępnij

×
×
  • Dodaj nową pozycję...